24.07.26 / opinia
Autor: Martyna Sakowicz
Branża marketingowa uwielbia otaczać gastronomię aurą tajemnicy.
Słyszysz, że tego się nie da zmierzyć, że w gastro liczy się tylko wizerunek i doświadczenie – i po którymś razie zaczynasz w to wierzyć.
Wdrażaliśmy analitykę i zarządzaliśmy kampaniami internetowymi dla takich gastronomicznych punktów na mapie Warszawy, jak Amici, Sen, Trattoria Rucola, Foodhall Browary Warszawskie czy restauracja Como. Wniosek za każdym razem jest ten sam: da się to zmierzyć – wystarczy przestać zgadywać, a zacząć sprawdzać.
Poniżej pokazujemy, gdzie najczęściej przepalane są pieniądze i co z tym zrobić.
Gastronomia to specyficzna branża, w której nie da się dokładnie zmierzyć zwrotu z inwestycji, dlatego trzeba skupić się na budowaniu świadomości i zaangażowania w social mediach.
To wygodna wymówka, gdy trudno spiąć działania w internecie z realnym ruchem w lokalu. I nie chodzi o to, żeby odpuścić rozpoznawalność – ładne zdjęcia, dobre wideo na Instagramie czy TikToku, budowanie marki lokalu naprawdę robią swoje. Ludzie jedzą oczami, a decyzja "gdzie dziś zjeść" bardzo często zaczyna się właśnie od social mediów. Problem pojawia się wtedy, gdy na tym się kończy – gdy zasięgi i polubienia stają się celem samym w sobie, zamiast być pierwszym krokiem w stronę czegoś więcej. Restauracja nie żyje z komentarzy pod zdjęciem tatara, tylko z zajętych stolików, więc to zainteresowanie trzeba jeszcze umieć przełożyć na konkretną wizytę – i to przełożenie da się zmierzyć.
Pytanie brzmi więc nie „czy mierzyć”, tylko jak odpowiednio ulokować budżet marketingowy i zacząć precyzyjnie określać, jak działania online przekładają się na wizyty offline w Twoim lokalu.
W naszych audytach kont reklamowych restauracj, zidentyfikowaliśmy trzy najczęstsze błędy:
Przepalanie budżetu na puste kliknięcia to w tej branży standard, a nie wyjątek. Kampanie trafiają do nieadekwatnie dobranych grup docelowych, a ich jedynym realnym celem jest ruch wokół postów.
Teoretycznie obserwujesz raport z sieci reklamowych pełen zielonych strzałek przy „zasięgu”, ale nie widzisz przełożenia na odwiedziny w lokalu. Bo go po prostu nie ma.
Zupełnie inaczej komunikować powinno się ofertę na lunch biznesowy albo firmową wigilię (B2B), a jeszcze inaczej romantyczną kolację w piątkowy wieczór (B2C).
Jeśli traktujesz wszystkich klientów jednym komunikatem, to prawdopodobnie przepalany jest Twój budżet. W efekcie przekaz staje się na tyle ogólny, że nie przekonuje żadnej z grup docelowych.
Restauracji szuka się na różne sposoby. Czasem to decyzja „tu i teraz” – ktoś jest głodny i chce zjeść w najbliższej godzinie. Ale czasem to dłuższy proces: szukanie miejsca na randkę, planowanie kolacji ze znajomymi na weekend – i ten proces równie dobrze może zacząć się wieczorem, od przeglądania Instagrama. Różnica nie polega na porze dnia, tylko na tym, jak blisko finalnej decyzji ktoś akurat jest.
Ten moment bliskości decyzji da się uchwycić – niezależnie od tego, czy to spontaniczny głód, czy zaplanowana wcześniej randka. Jeśli ktoś w Google Maps klika „wyznacz trasę” do Twojej restauracji, dzwoni pod podany numer albo otwiera Twoje menu na stronie, to nie jest przypadkowa ciekawość. To ktoś, kto realnie myśli o tym, żeby za chwilę, albo w piątek wieczorem, u Ciebie się pojawić.
Problem w tym, że większość restauracji w ogóle nie mierzy tych sygnałów. Cała analityka kończy się na tym, ile osób weszło na stronę główną – a to nie mówi nic o tym, ile z tych osób było blisko decyzji. Efekt? Nie wiesz, które działania faktycznie przyprowadzają gości, a które tylko ładnie wyglądają w social mediach. I zamiast inwestować w to, co działa, inwestujesz po omacku.



Żeby kampanie zaczęły na siebie zarabiać, trzeba traktować Twój lokal jak system naczyń połączonych.
a. mierzymy, co dzieje się między siecią a Twoimi drzwiami. Łączymy działania online z systemami rezerwacji, żeby wiedzieć, co naprawdę przynosi gości. Promujemy Twoją wizytówkę w Google i śledzimy sygnały, które poprzedzają wizytę: wyznaczenia trasy w Google Maps, telefony pod wskazany numer, otwarcia menu na stronie. To dla restauracji jest odpowiednik tego, czym „dodanie do koszyka” jest dla sklepu internetowego – ostatnim krokiem przed decyzją.
b. dobieramy narzędzia pod strategię, nie na odwrót. Nie mamy jednego gotowego szablonu, który wciskamy każdemu klientowi. W zależności od strategii komunikacji, pozycjonowania lokalu i konkretnej grupy docelowej, dobieramy zupełnie inny miks kanałów reklamowych.
c. koncentrujemy się na efekcie, nie na samej widoczności. Odcinamy to, co generuje tylko szum wokół marki, i przesuwamy budżet tam, gdzie kampanie realnie przyprowadzają gości pod same drzwi.
Jeśli masz dość raportów o „zaangażowaniu” i szukasz kogoś, kto pomoże Ci zamienić budżet reklamowy na zajęte stoliki – odezwij się do nas.
Pora policzyć, ile naprawdę wart jest Twój marketing. 🎯